Filmy o wspinaczce zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. Choć sama nigdy nie wspinałem się w „czystym” tego słowa znaczeniu, kilka ferrat (i to tych z niższej półki trudności) pozwoliło mi poczuć choć odrobinę tego napięcia, które towarzyszy ludziom na ścianie. Ilekroć oglądam dokumenty o alpinistach, nie mogę się nadziwić, że ktoś podejmuje walkę o minuty, o sekundy, o to, kto szybciej stanie na szczycie. Czasem z liną, czasem bez. Czasem w kasku, czasem bez. Każdy taki film jak „Pojedynek nad przepaścią” zostawia mnie z pytaniem: czy naprawdę warto?


Ale kiedy widzę w oczach bohaterów tę iskrę pasji – wiem, że dla nich odpowiedź brzmi: tak. I tak właśnie jest w przypadku filmu „Pojedynek nad przepaścią”, który można obejrzeć na Netflixie. To historia o dwóch niezwykłych osobach, których łączy coś więcej niż góry – łączy ich obsesja, prędkość i… rywalizacja.

Pojedynek na pionowych ścianach
Film „Duell am Abgrund” (reż. Nicolas de Taranto i Götz Werner) to dokument sportowy z 2023 roku, który przenosi nas w świat ekstremalnej wspinaczki. Jego bohaterowie to dwaj znani szwajcarscy alpiniści: Ueli Steck i Dani Arnold. Każdy z nich wyznaczał własne granice – ale los sprawił, że te granice zaczęły się zbiegać. W efekcie narodziła się sportowa rywalizacja, którą trudno porównać do jakiejkolwiek innej.
Ich pojedynki nie toczyły się na stadionach, lecz na legendarnych ścianach Alp: Eiger, Matterhorn, Grandes Jorasses, Petit Dru, Piz Badile, Cima Grande. W filmie śledzimy też Ueliego w Himalajach – na kontrowersyjnej wyprawie na Annapurnę.

Ueli Steck – perfekcjonista, legenda, samotnik
Ueli Steck, znany jako „Swiss Machine”, był fenomenem. Urodzony w 1976 roku w Emmental, z zawodu cieśla, wspinaczkę traktował z chirurgiczną precyzją. Jego styl – samotny, szybki, bez zbędnych słów – był odzwierciedleniem jego charakteru. Potrafił pokonać klasyczną drogę Heckmaira na północnej ścianie Eigeru w czasie 2 godzin 47 minut i 33 sekund (rok 2008), co wtedy wydawało się granicą nie do ruszenia.
Był nie tylko wybitnym alpinistą, ale też himalaistą – zdobył sześć ośmiotysięczników, pokonał wszystkie 82 czterotysięczniki Alp w 61 dni, zdobył Złoty Czekan. I choć był bohaterem dla tysięcy, zawsze wydawał się odrobinę nieobecny – jakby wciąż był gdzieś na ścianie, w ruchu.
Zginął tragicznie w 2017 roku na Nuptse, podczas przygotowań do ambitnego projektu trawersu Everest–Lhotse.
Dani Arnold – młodszy, szybszy, inny
Dani Arnold to zupełnie inna postać – bardziej otwarty, ekspresyjny, dostępny. Urodził się w kantonie Uri, najpierw został inżynierem, a potem… przewodnikiem górskim. Jego żywiołem stały się samotne i błyskawiczne wejścia na najtrudniejsze ściany – nie z potrzeby sławy, ale z chęci zmierzenia się z samym sobą.
W 2011 roku zrobił coś, co wydawało się niemożliwe – pobił rekord Stecka na Eigerze, wspinając się w 2 godziny 28 minut. I choć korzystał z innej wersji drogi (wariant letni, kilka punktów z użyciem asekuracji), to wynik był imponujący. Tym bardziej, że jego styl był bardziej „klasyczny” – bez rezygnowania z kasku czy liny tam, gdzie mogła uratować życie.
Dani to nie tylko alpinista – to również mąż, ojciec, prelegent, człowiek, który potrafi mówić o swoich przeżyciach i porażkach. Jego opowieści są bardziej osobiste, czasem pełne wątpliwości – ale przez to bardziej ludzkie.


Pasja, presja i pytanie o granice
To, co w tym filmie najbardziej porusza, to konflikt między pasją a presją. Czy jeszcze robią to dla siebie? A może już tylko dla wyników, dla mediów, dla sponsorów? Czy można się nie porównywać, jeśli ktoś depta po piętach?
Choć Ueli i Dani różnią się niemal pod każdym względem, film pokazuje, jak bardzo się do siebie zbliżyli – nie tylko pod względem wyników, ale też mentalnie. Każdy z nich miał swoją drogę, swój styl, swoje demony. Ale obaj spotkali się nad przepaścią – w miejscu, gdzie nie ma już miejsca na błędy.
Warto zobaczyć „Pojedynek nad przepaścią”?
„Pojedynek nad przepaścią” to nie jest typowy dokument o górach. To opowieść o rywalizacji, pasji i cienkiej granicy między życiem a śmiercią. Jeśli lubicie górskie klimaty, ale też ludzkie historie – naprawdę warto obejrzeć. Tylko ostrzegam: możliwe, że podczas seansu też będziecie wycierać spocone dłonie o koc.








Dodaj komentarz